Po skutecznym ugaszeniu górniczych zapędów, posunęliśmy się dalej w głąb stanu Wiktorii. Kolejnym zaplanowanym punktem na naszej trasie był park narodowy Gór Grampians. Okazało się, że skutki niedawnej powodzi są tutaj bardziej odczuwalne niż nam się wydawało. Podróżując w Tasmanii nie mieliśmy czasu ani możliwości, żeby śledzić doniesienia z cywilizowanego świata;). Tak, tak, można szczęśliwie żyć bez TV i jest to super sprawa! Pudło oglądaliśmy tylko raz w ciągu prawie miesiąca żeby sprawdzić jak tam powodzie Queenslandzie się rozwijają. Radio coś tam szemrało o zalanej Wiktorii, ale udawaliśmy, że nie słyszymy. A tu niespodzianka! Większość szlaków z w Grampians zamknięta, zawalone drogi, wyrwy w drogach i… co dla nas dobre, brak turystów! No prawie.
Centrum informacji turystycznej było ponownie czynne (od powodzi minęło 2 tygodnie) i dzięki wysiłkom pracowników jak i wolontariuszy, kilka szlaków otwarto. Upał trochę nam doskwierał i gdyby nie głęboko wydrążone koryta wodne, nie uwierzylibyśmy, że 2 tygodnie wcześniej, cała droga była rzeką.


The Grampians. Boronia peak.