czwartek, 14 kwietnia 2011

Oh my Budda! Krabi i schody do nieba.

Z wysp udaliśmy się do prowincji i miasta Krabi, które zwykle jest bazą wypadową na sławne i popularne wyspy zachodniego wybrzeża - Phuket i Phi Phi itp. Ze względu na to, że wyspiarskiego życia niedawno zasmakowaliśmy, postanowiliśmy skupić się tym razem na bardziej ‘lądowych’ atrakcjach. Na liście zatem znalazła się buddyjska śwątynia tygrysa - (Wat Tham Suea) oddalona od miasteczka Krabi około 10 kilometrów. Żeby się tam dostać, z miasta Krabi można złapać tuk tuka (a ściśle mówiąc jego wersję: songthaew) do głównej drogi i potem spacerkiem około kilometra do świątyni. Na miejscu znajduje się kompleks klasztorny, w którym żyją mnisi, jaskinia, którą kiedyś zamieszkiwał tygrys oraz kilka małych świątyń. Największą atrakcją tego miejsca jednak są schody... Jest ich aż 1237 i niestety nie są ruchome! Wchodzi się wolno i mozolnie (szczególnie w ponad 30-stopniowym upale). Mimo, że schody są strome, są bardzo bezpieczne i solidnie zrobione. Co 100-200 stopni można sobie robić mini-przystanki. Na górze znajduje się wielka statua Buddy, a dobrowolni męczennicy dostaną nagrodę w postaci panoramicznego widoku na okoliczne wioski, miasto Krabi i zatokę.
2011_04_07 D112 Krabi 0092011_04_07 D112 Krabi 010
Brawa wejściowa.

środa, 13 kwietnia 2011

Wyspa Bulon

Z Ko Lipe przemieściliśmy się na jedną z sąsiednich wysp - Ko Bulon Lae, podróżując przez niecałą godzinę motorówką i potem lokalną, drewnianą łodzią do brzegu. Wyspa ta, nie jest bardzo znana wśród turystów, co jest jej największą zaletą (pewnie im więcej sie o niej pisze, tym to się zmieni, ale co tam). Miejsce to polecił nam Dennis, którego poznaliśmy na Tasmanii, gdy po raz kolejny podróżował w Australii rowerem wraz z przyczepką i całym sprzętem kempingowym. Jest to bardzo spokojna wyspa, na której znajduje się kilka małych hoteli- restauracji, mala wioska, szkoła, i nawet mini posterunek policji. Zakwaterowanie jest dostępne w kilku resortach, my akurat wybraliśmy Marina Resort, w stylu ‘domki na palach’.  Dostępna jest tylko zimna woda, a prąd z generatorów przez 3 wieczorne godziny, ale nie po to się tu przybywa, by doświadczać miejskich luksusów, nieprawdaż?

2011_03_31 D105 Ko Lipe to Ko Bulon Lae 0152011_04_02 D107 Ko Bulon Lae 0122011_03_31 D105 Ko Lipe to Ko Bulon Lae 008

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Ko lipe i Bałtyk Tajlandii

Ten, kto narzeka na nieprzewidywalną pogodę nad poczciwym Bałtykiem, niech się teraz wstrzyma. Marzec powinien być najgorętszym i zarazem suchym miesiącem w Tajlandii, zwłaszcza na zachodnim wybrzeżu, gdzie dobra pogoda w tym czasie jest niemal gwarantowana. Ulewne deszcze tego roku są jednak niespodzianką zarówno dla turystów jak i dla Tajów. Przez kilka dni lało w całej południowej Tajlandii, niektóre wyspy zostały ‘chwilowo odcięte od świata’, a wioski zmiecione przez osuwiska (około 40 osób zginęło). Na Ko Lipe, wyspie, na którą się wybraliśmy, lało przez kilka dni. Turyści pochowali się w swoich domkach, łódki nie wypływały na nurkowanie lub po świeże ryby a Tajowie, znudzeni i zdezorientowani, spali na hamakach (niektóre restauracje się pozamykały). Zalać to nas nie zalało, ale wynudziliśmy się trochę. Po kilku dniach pogoda się jednak polepszyła i wraz z przebijającymi się przez chmury promykami, Tajowie zeszli ze swoich hamaków, a popularne w tutejszych barach raegge rozbrzmiało w akompaniamencie spokojnych fal.

2011_03_27 D101 Hat Yai to Ko Lipe 0042011_03_27 D101 Hat Yai to Ko Lipe 013
Podróż tuk-tukiem, potem łódką na wyspy.

2011_03_28 D102 Ko Lipe 006

piątek, 8 kwietnia 2011

Już w Tajlandii

Dwa tygodnie temu wkroczyliśmy do Tajlandii. Sprawa przekraczania granicy lądem z Malezji jest dosyć prosta. Wizę do Tajlandii załatwiliśmy wcześniej w Penang, wsiedliśmy w 2-wagonowy pociąg, który po około dwóch godzinach zatrzymał się na ‘granicy’. Wszyscy pasażerowie wysiedli, zrobili rundkę paszportowo- pieczątkową w okienku, kupili przekąski w sklepiku i z powrotem zapełnili pociąg. Po kilku godzinach podróży dotarliśmy do miasta Hat Yai, które było naszym pierwszym przystankiem w Tajlandii. Wychodząc z dworca, zostaliśmy mile zaskoczeni obecnością chodników i faktem, że pieszy nie musi tu aż tak silnie walczyć o przetrwanie (jak w niektórych miastach Malezji). Chodniki wydają się mieć tutaj prawidłowe przeznaczenie. Aha, w Hat Yai nie da się również zignorować obecności rożnej maści oficerów, z bronią krótką i długą, ‘pilnujących bezpieczeństwa’ na każdym rogu. Południowe prowincje Tajlandii, bowiem nadal trawi konflikt między mniejszością muzułmańską a tajskim rządem. Czasy, kiedy sąsiad z sąsiadem żyli w harmonii, mimo różnic wyznaniowych, niestety minęły, a od 2001 roku zginęło w tym regionie podobno 4 tys. osób.

2011_03_25 D99 Penang to Hat Yai 0312011_03_25 D99 Penang to Hat Yai 0352011_03_25 D99 Penang to Hat Yai 034
Życie w pociągu.

środa, 6 kwietnia 2011

Z innej beczki, a raczej urny. Wybory stanowe w Australii (NSW).

A teraz o czymś innym. Mimo, że aktualnie przebywamy poza granicami Australii, powinności obywatelskie nadal trzeba wypełniać, bo w ‘wolnym kraju’ Australii, udział wyborach, czy to federalnych czy stanowych, jest dobrowolny, ale tylko teoretycznie... Jeśli obywatel x nie zjawi się w kolejce do urny, niechybnie znajdzie w swojej skrzynce pocztowej wezwanie do zapłaty kary pieniężnej (w wyborach stanowych $55 od łebka). Są oczywiście sposoby, aby wywinąć się od zapłaty, ale trzeba mieć dobre usprawiedliwienie, a nie po prostu ‘zapomniałem’ lub ‘nie chciało mi się’. Można:

1.Nie głosować a wezwania do zapłaty odesłać w ciągu 28 dni z uzasadnieniem, dlaczego nie mogło się głosować (np. dowód, że się przebywało za granicą w tym czasie lub w innym stanie, pobyt w szpitalu etc.).

2. Odwołać się drogą sądową i walczyć, walczyć o rację.

3. Zarejestrować się parę dni przed głosowaniem przez internetowy lub telefoniczny system Ivote (system nie jest dostępny w dniu oficjalnego głosownia, ale parę dni przed, więc nie można odkładać tego na ostatnią chwilę).

My, na całe szczęście, w porę ocknęliśmy się z podróżniczego marazmu, rejestrując się w systemie internetowym Ivote.

W ten sposób, z pobudek czysto i wyłącznie patriotycznych ;), wypełniliśmy swój obowiązek, klikając na mało znane nam nazwiska i partie (niektóre partie to niezłe kwiatki).

A oto niektóre kwiatki:

PartieNo parking meters – Nie! parkometrom?
Outdoor recreation party – Partia wypoczynku na świeżym powietrzu?
The fishing party – Partia rybaków, a może wędkarzy?
Shooters and fishers – Partia strzelców i wędkarzy?

WTF? Klik, klik…

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Uliczny Penang - raj lub piekło dla podniebienia

Tak jak pisałam w poprzednim poście Penang słynie z dobrego jedzenia. Nie chodzi tu jednak o białe obrusy i wykwintne restauracje, ale o tzw. hawker food czyli w wolnym tłumaczeniu, potrawy pochodzące od ulicznych kucharzy-sprzedawców, przenośnych straganów z dziennych czy nocnych targów jedzeniowych. Można tutaj spróbować specjałów kuchni malezyjskiej, świeżych ryb i owoców morza przyrządzanych na różnorakie sposoby, kuchni indyjskiej, chińskiej i czego tylko się nie wymyśli! Mimo, że wydawało nam się, że jesteśmy przyzwyczajeni do szeroko pojętej kuchni azjatyckiej (która jest tak bardzo popularna i uwielbiana w Sydney), niektóre kombinacje smakowe nadal szokują, zwłaszcza te słodko-pikante, po których prawie zionie się ogniem! No, ale trzeba spróbować, a Buddę (pełno tutaj świątyń byddyjskich) poprosić o odpuszczenie rozstroju żołądka. Piekielny ogień można ugasić sokiem z tropikalnych owoców (wyciskanym na naszych oczach) i serwowanym z woreczku ze słomką. Można też znaleźć owoc, którego nigdy się nie próbowało, a uliczni specjaliści finezyjnie nam go poszatkują (operując nożem, że aż dech zapiera*) i zapakują w woreczek ‘na wynos’.

*warto docenić, że na wytrenowanie pracownika w krojeniu owoców ‘w stylu Penang’ potrzeba aż 6-miesięcy.

2011_03_23 D97 Penang 119
2011_03_21 D95 Kota Bahru to Penang 0282011_03_22 D96 Penang 0022011_03_22 D96 Penang 0152011_03_22 D96 Penang 013
Oficjalnie uzależnieni od kurczaka tandori.

sobota, 2 kwietnia 2011

Penang

Wyspa Penang, to obok Melaki, drugi historyczny port Malezji. Wyspa jest bardzo rozwinięta (może nawet aż za dobrze, bo wieżowce dominują panoramę wyspy)  i łatwo jest się  po niej poruszać. Stare miasto w 2008 roku dostało się na listę UNESCO, co pomaga kontrolować kierunek rozwoju i cel wykorzystania budynków. Pod względem turystycznym, jest tutaj dość sporo atrakcji i można by spokojnie spędzić tydzień, codziennie odwiedzając nowe miejsca. My zostaliśmy tutaj 3 dni, i zdołaliśmy:
- obejść starówkę, ruiny fortu i kolonialne budynki,
- odwiedzić dwie świątynie buddyjskie (w tym leżącego buddę),
- wybrać się do tropikalnego ogrodu przypraw i uświadomić sobie, że przyprawy, których używamy, wyglądają dość niepozornie jako rośliny,
- załatwić 60-dniową wizę do Tajlandii, która jest teraz darmowa (Tajowie zawsze mają jakieś ‘promocje’ wizowe).

Penang to także kulinarna stolica Malezji, ale o tym, w następnym odcinku.
2011_03_21 D95 Kota Bahru to Penang 0042011_03_21 D95 Kota Bahru to Penang 010
Podróż autokarem z Kota Bharu do Butterworth trwa ponad 5 godzin.